Wydeptana ścieżka między prastarymi drzewami otaczającymi centrum Nocnego Lasu była ledwo widoczna wśród gęstego poszycia. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli nie wiedziało się, że tu jest, nie miało się szans na jej odnalezienie. Delikatny wiatr sprawiał, że układające się na kształt plastra miodu gałęzie w górze szeleściły łagodnie, wypełniając uszy kojącym dźwiękiem. Wkrótce wtórować mu zaczęły świergoty mieszkających wokół drobnych ptaszków i wnet cała okolica rozbrzmiała fantastycznymi melodiami. Jak tu się nie cieszyć porankiem?
Na ścieżce pojawiła się wysoka postać odziana w kruczoczarny płaszcz. Ze względu na obszerny kaptur naciągnięty na głowę trudno było określić jej płeć, jednak było wyraźnie widać, że gdzieś się spieszy. Kroczyła bardzo szybko, poły płaszcza wzdęły się i falowały za nią niczym groteskowa parodia skrzydeł. Nie zwracała najmniejszej uwagi na otaczające ją piękno przyrody, a gdy promyk słońca przebił się przez warstwę poplątanych konarów i musnął skrawek jej wystającego spod kaptura policzka, syknęła z niesmakiem.
Dotarłszy do obrzeży Mglistej Polany, tajemnicza istota zboczyła ze ścieżki i ruszyła przez sięgającą do kolan soczyście zieloną trawą w stronę trzech złączonych ze sobą sękatych drzew. Obeszła je i znalazła się na wyłożonej płaskimi kamieniami dróżce, biegnącej od tych osobliwych trojaczków aż do drewnianego domu stojącego nieopodal. W połowie porośnięty bluszczem budynek był trudny do zauważenia na tle leśnej gęstwiny, więc hodowcy raczej nie zapuszczali się w te strony - zapewne sądzili, że jest to teren niezamieszkały.
Postać odrzuciła kaptur - krótkie czarne włosy kontrastowały z upiornie bladą twarzą. Była to kobieta, choć nie wyglądała jak typowa przedstawicielka swojej płci - ba, nie przypominała nawet czystej krwi człowieka. Przedramiona i część twarzy miała pokrytą drobnymi półprzezroczystymi łuskami; ich zielonkawa, lśniąca powierzchnia świetnie odbijała padające nań światło. Oczy o pionowych źrenicach zdawały się płonąć, zaś między długimi palcami dziwna postać miała skórne fałdy, niby-błony. Idealnie gładkie oblicze mogło sugerować, że jest całkiem młoda.
Pokonując trzy niewielkie schodki prowadzące do drzwi, dziewczyna położyła dłoń na gałce i przekręciła ją. Pchnęła grube mahoniowe odrzwia i pospiesznie weszła do środka. Zdjąwszy płaszcz, zawiesiła go na drewnianym kołku wystającym ze ściany i przykucnęła, by rozsznurować wysokie skórzane buty. Jej uszy wychwyciły jednak podejrzane trzaski dochodzące zza domu, więc przerwała tę czynność i skierowała się ku tylnym drzwiom. Jakież było jej zdziwienie, gdy w ciemnobrązowej altance otoczonej pierścieniem wonnych kwiatowych krzewów ujrzała wyłamującego sobie palce elfiego młodzieniaszka. Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.
- Kim jesteś? Co ty tu robisz? - spytała dziewczyna, mrużąc podejrzliwie oczy i podchodząc bliżej.
- Bądź pozdrowiona, Marto. To, kim jestem, wcale nie jest takie ważne - odparł leniwie przybysz. - Jednak powód mojej wizyty może cię zaintrygować, więc tą informacją chętnie się z tobą podzielę.
Szybkim ruchem sięgnął za pazuchę i wyciągnął sporą sakiewkę. Gdy nią potrząsnął, zawartość głośno zagrzechotała. Młodzieniec spojrzał w ogniste oczy dziewczyny. Ta uniosła prawą brew i przeniosła wzrok na woreczek.
- Co to jest? - spytała, szczerze zaciekawiona. Na polecenie elfa wyciągnęła rękę.
- Spójrz - odparł, rozluźniając rzemyk. Zawahał się, po czym szybkim ruchem odwrócił sakiewkę do góry nogami i wysypał jej zawartość na otwartą dłoń dziewczyny.
Jej oczom ukazało się kilka połączonych ze sobą metalowych kawałków. Były wyszczerbione i gdzieniegdzie pokrywała je rdza, jednak dało się odczytać biegnące wokół ich krawędzi runy.
- Co...? - Marta podniosła wzrok, ale elf zniknął.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz