Marta powoli otworzyła oczy. Leżała na kozetce w jakimś przestronnym pokoju, a promienie słońca wpadające do środka przez olbrzymie okno łaskotały ją w twarz. Z trudem podniosła się i usiadła - ciało piekło i bolało, jakby narządy wewnętrzne zastąpiły kule ognia i odłamki szkła. Rozejrzała się po pokoju. Uznała, że rezydent musi bardzo lubić rośliny, albowiem pomieszczenie pełne było donic z najróżniejszymi kwiatami i miniaturowymi drzewkami. Zapewne był też bibliofilem, gdyż wzdłuż ścian postawił sobie kilka regałów uginających się pod ciężarem ustawionych na półkach opasłych tomów. Te, które się tam nie mieściły, leżały na blacie pokaźnego biurka.
- Widzę, że się obudziłaś. Świetnie! - Dziewczyna mimowolnie wzdrygnęła się na dźwięk charczącego, męskiego głosu.
Do pokoju wszedł starzec w powłóczystej, białej szacie. W dłoniach trzymał metalową tacę z dzbankiem pełnym wody i dwoma szklaneczkami i przyglądał się Marcie z wyraźną troską. Podszedł do stojącego przy kozetce stolika i ostrożnie położył tacę; koniec jego długiej, srebrzystej brody dotknął wypolerowanego blatu. Następnie przysunął sobie fotel i usiadł w nim, wciąż patrząc na dziewczynę. Ta odetchnęła głęboko.
- Sanaselu. Powinnam się była domyślić, że to Twój dom - powiedziała, uśmiechając się lekko. - Czy mogę? - spytała, wskazując na dzbanek. Starzec przytaknął i gestem polecił jej się obsłużyć.
Marta nalała sobie wody do jednej ze szklanek, pociągnęła kilka łyków i spojrzała na Sanasela.
- Co się właściwie stało? - zapytała. - Niewiele z tego pamiętam. Nic, zupełnie jakby ta część życia została wycięta z mojego umysłu.
- Gniew - odparł krótko Sanasel, sięgając po drugą szklankę. - Opanowała cię złość tak potężna, że nie byłaś w stanie jej opanować. Tłumiłaś ją, jednak ta rosła w siłę i w końcu doprowadziła do tego. Nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę coś takiego.
- Ale co?
- Płonęłaś żywym ogniem! Dosłownie! Ciesz się, że cię w porę znalazłem. Gdybym nie zareagował na te przerażone krzyki hodowców i nie przyszedł tu, pewnie już by tu ciebie nie było. Byłaś ciężko poparzona i wycieńczona. Byłem naprawdę zdziwiony, gdy odkryłem, że wciąż tli się w tobie życie.
Marta spojrzała na niego ze strachem, nerwowo ściskając szklankę.
- Cieszmy się, że mamy magię. Zaklęcia uzdrawiające i regenerujące przywróciły ci dawną świetność. Jesteś zdrowa jak ryba! Na ciele, nie wiem jednak, co z twoim umysłem. Co doprowadziło cię do takiego stanu?
- Z całym szacunkiem, Sanaselu, jednak ja nie zwykłam dzielić się z innymi swoimi smutkami.
- Oczywiście. - Starzec skinął głową.
O mnie
- Marta
- Spotkacie mnie na Hodowli Smoków Nightwood - pojawiam się tam pod nickiem Martuch. Uwielbiam pisać i wykorzystam to do pisania różnych historyjek powiązanych z moimi poczynaniami czy też przemyśleniami związanymi z grą.
piątek, 28 stycznia 2011
Dzika furia
Marta siedziała na drewnianej ławce w swojej altance i czytała uważnie list, który wczesnym rankiem został tu dostarczony przez gońca. W miarę zbliżania się do końca wiadomości, dziewczyna czuła narastającą wewnątrz niej złość. Przeczytawszy słowa pozdrowienia, zacisnęła dłoń, miętosząc niemiłosiernie papier. Siła, z jaką to zrobiła, sprawiła, że pobielały jej knykcie, a pod skórą zatańczyły napięte ścięgna. Przez chwilę zamarła, a potem porządnie się zamachnęła i rzuciła zmiętolonym listem o ubite podłoże. Gniew wzbierał w niej niczym potężna fala, a ona nie mogła go już w żaden sposób kontrolować.
I stało się.
Oczy Marty zapłonęły żywym ogniem. Po całym jej ciele przeszedł przeszła fala - krawędzie łusek uniosły się, nadając postaci bardziej drapieżny wygląd. Dziewczyna wpadła w szał. Kucnęła i uderzyła pięścią w twardą ziemię najmocniej, jak potrafiła. Usłyszała chrupot - to paliczki połamały się od siły uderzenia. Poprzebijały skórę, stercząc pod dziwnym kątem, a z ran z mig zaczęła płynąć szkarłatna krew. Marta wrzasnęła z bólu - jej donośny krzyk spłoszył siedzące na pobliskim drzewie ptaki. Wstała, zerwała z wyrastającego nieopodal krzaka trzy długie liście i owinęła nimi rany, mamrocząc coś pod nosem. Kości naprawiły się i wskoczyły na swoje miejsce, a rany pokryła nowa skóra.
Przeklinając swoje delikatne ciało, dziewczyna rozzłościła się jeszcze bardziej. Miała wrażenie, że gniew za chwilę rozsadzi ją od środka. Serce łomotało jej niemiłosiernie, jakby było gotowe strzaskać żebra i uciec w siną dal. Gdy ogniste spojrzenie oczu gniewnej spoczęło na podrygującej w podmuchach lekkiego wiatru kulce papieru, poczuła silny, palący ból, przeszywający ją od stóp do głów.
Pchnięta niewidzialną siłą masa gorącego powietrza pomknęła we wszystkie strony świata. Stojącą pośrodku altanki Martę spowił szczelny kokon trzaskających płomieni. Słup ognia wystrzelił w górę, zmieniając drewniany dach w kupkę popiołu. Przelatujący tamtędy zielony smok wykręcił piruet, by uniknąć morderczych płomieni, i spojrzał w dół, rozglądając się za agresorem. Załopotał skrzydłami i pospiesznie odleciał, gdy dziewczyna posłała w jego stronę kolejny jęzor ognia.
A potem straciła świadomość.
I stało się.
Oczy Marty zapłonęły żywym ogniem. Po całym jej ciele przeszedł przeszła fala - krawędzie łusek uniosły się, nadając postaci bardziej drapieżny wygląd. Dziewczyna wpadła w szał. Kucnęła i uderzyła pięścią w twardą ziemię najmocniej, jak potrafiła. Usłyszała chrupot - to paliczki połamały się od siły uderzenia. Poprzebijały skórę, stercząc pod dziwnym kątem, a z ran z mig zaczęła płynąć szkarłatna krew. Marta wrzasnęła z bólu - jej donośny krzyk spłoszył siedzące na pobliskim drzewie ptaki. Wstała, zerwała z wyrastającego nieopodal krzaka trzy długie liście i owinęła nimi rany, mamrocząc coś pod nosem. Kości naprawiły się i wskoczyły na swoje miejsce, a rany pokryła nowa skóra.
Przeklinając swoje delikatne ciało, dziewczyna rozzłościła się jeszcze bardziej. Miała wrażenie, że gniew za chwilę rozsadzi ją od środka. Serce łomotało jej niemiłosiernie, jakby było gotowe strzaskać żebra i uciec w siną dal. Gdy ogniste spojrzenie oczu gniewnej spoczęło na podrygującej w podmuchach lekkiego wiatru kulce papieru, poczuła silny, palący ból, przeszywający ją od stóp do głów.
Pchnięta niewidzialną siłą masa gorącego powietrza pomknęła we wszystkie strony świata. Stojącą pośrodku altanki Martę spowił szczelny kokon trzaskających płomieni. Słup ognia wystrzelił w górę, zmieniając drewniany dach w kupkę popiołu. Przelatujący tamtędy zielony smok wykręcił piruet, by uniknąć morderczych płomieni, i spojrzał w dół, rozglądając się za agresorem. Załopotał skrzydłami i pospiesznie odleciał, gdy dziewczyna posłała w jego stronę kolejny jęzor ognia.
A potem straciła świadomość.
czwartek, 27 stycznia 2011
Spamer
Olbrzymia, wysoko sklepiona hala. Tłok nie z tej ziemi, zewsząd słychać gwar mniej lub bardziej entuzjastycznych rozmów, nawoływanie tragarzy i wołanie o pomoc. Ulubione miejsce schadzek Nightwoodowych gawędziarzy, potocznie zwane Shoutboksem. Stojąc przy okutych zaśniedziałym metalem wrotach, Marta wodziła wzrokiem po grupkach stłoczonych hodowców, wypatrując czegoś interesującego.
Po chwili podszedł do niej nieznajomy młodzieniec; w objęciach trzymał ogniście czerwone smocze jajo.
- Powiedzieli mi, że mam go karmić - powiedział przerażony. - Ale jak mam to zrobić?! To przecież jajko.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Położyła dłoń na ramieniu chłopca.
- No właśnie, to wciąż jest jajko - odparła. - A co trzeba robić, żeby się wykluło?
- Wysiadywać - mruknął hodowca i popatrzył na nią.
- Z wysiadywaniem tego mogą być problemy... Wystarczy, że raz na dzień umieścisz je w ciepłym miejscu. Poleży tak sobie jakiś czas i za parę dni powinno się wykluć. Wtedy się naprawdę weźmiesz do karmienia.
- O rany, dziękuję! - zawołał chłopiec. Odwrócił się i podbiegł do swojego nieco starszego towarzysza, wdając się z nim w entuzjastyczną pogawędkę.
Marta odprowadziła go wzrokiem i kontynuowała obserwację. Nagle dostrzegła sporą grupkę wyraźnie poirytowanych hodowców, otaczających coś kręgiem - zapewne było to źródło ich zdenerwowania. Przecisnęła się między trzema rozmawiającymi ze sobą elfami i podeszła bliżej, chcąc przyjrzeć się tej osobliwej sytuacji. Dwójka magów stojących najbliżej rozstąpiła się, a oczom Marty ukazał się leżący na kamiennej podłodze drobny człowieczek. Był cały umorusany kurzem i ziemią, i wrzeszczał wniebogłosy, klnąc po kolei na każdego zgromadzonego. Ci jednak nie stracili zimnej krwi - złapali go za nogi i ręce i próbowali trzymać, choć tamten wił się jak piskorz.
- Zostawcie mnie, nooby! Wasze stare czeszą się schabowymi! Lol, zostawcie mnie! - krzyczał raz po raz, wierzgając nogami.
- CO TU SIĘ DZIEJE?!
Donośny krzyk zagłuszył monolog niezrównoważonego hodowcy. Wrota rozwarły się gwałtownie i stanęła w nich kobieta w szacie koloru soczystej trawy. Zdecydowanym krokiem podeszła do wijącego się wichrzyciela i machnęła dłonią. Usta klnącego hodowcy zniknęły i nastąpiła błogosławiona cisza. Zielona czarodziejka chwyciła go za szatę, z nadludzką siłą podniosła i popchnęła ku drzwiom. Gdy delikwent znalazł się poza terenem hali, hodowcy zaczęli wiwatować.
- Interesujące - mruknęła Marta.
Po chwili podszedł do niej nieznajomy młodzieniec; w objęciach trzymał ogniście czerwone smocze jajo.
- Powiedzieli mi, że mam go karmić - powiedział przerażony. - Ale jak mam to zrobić?! To przecież jajko.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Położyła dłoń na ramieniu chłopca.
- No właśnie, to wciąż jest jajko - odparła. - A co trzeba robić, żeby się wykluło?
- Wysiadywać - mruknął hodowca i popatrzył na nią.
- Z wysiadywaniem tego mogą być problemy... Wystarczy, że raz na dzień umieścisz je w ciepłym miejscu. Poleży tak sobie jakiś czas i za parę dni powinno się wykluć. Wtedy się naprawdę weźmiesz do karmienia.
- O rany, dziękuję! - zawołał chłopiec. Odwrócił się i podbiegł do swojego nieco starszego towarzysza, wdając się z nim w entuzjastyczną pogawędkę.
Marta odprowadziła go wzrokiem i kontynuowała obserwację. Nagle dostrzegła sporą grupkę wyraźnie poirytowanych hodowców, otaczających coś kręgiem - zapewne było to źródło ich zdenerwowania. Przecisnęła się między trzema rozmawiającymi ze sobą elfami i podeszła bliżej, chcąc przyjrzeć się tej osobliwej sytuacji. Dwójka magów stojących najbliżej rozstąpiła się, a oczom Marty ukazał się leżący na kamiennej podłodze drobny człowieczek. Był cały umorusany kurzem i ziemią, i wrzeszczał wniebogłosy, klnąc po kolei na każdego zgromadzonego. Ci jednak nie stracili zimnej krwi - złapali go za nogi i ręce i próbowali trzymać, choć tamten wił się jak piskorz.
- Zostawcie mnie, nooby! Wasze stare czeszą się schabowymi! Lol, zostawcie mnie! - krzyczał raz po raz, wierzgając nogami.
- CO TU SIĘ DZIEJE?!
Donośny krzyk zagłuszył monolog niezrównoważonego hodowcy. Wrota rozwarły się gwałtownie i stanęła w nich kobieta w szacie koloru soczystej trawy. Zdecydowanym krokiem podeszła do wijącego się wichrzyciela i machnęła dłonią. Usta klnącego hodowcy zniknęły i nastąpiła błogosławiona cisza. Zielona czarodziejka chwyciła go za szatę, z nadludzką siłą podniosła i popchnęła ku drzwiom. Gdy delikwent znalazł się poza terenem hali, hodowcy zaczęli wiwatować.
- Interesujące - mruknęła Marta.
Paradoks i kot.
- Kurczę, co to jest?! - W głosie Marty słychać było poirytowanie.
Spojrzała na wiszący na ścianie spory zegar. Minęły już trzy godziny, odkąd pojawił się ten obcy i wręczył jej garść metalowych klamotów. Siedziała przy podniszczonym jadalnym stole, obłożona ze wszystkich stron księgami przytaszczonymi tu z biblioteczki stojącej w salonie. Ciężkie, oprawione w skórę woluminy były mocno nadgryzione przez ząb czasu, więc Marta ostrożnie przekładała kolejne pożółkłe stronice. Ziewnęła szeroko i przetarła oczy, nim rzuciła okiem na zapisaną runami kartę.
Minuty mijały bardzo powoli i ociężale, jakby chciały zagościć tu jak najdłużej przed odejściem w przeszłość. Panowała głucha cisza, od czasu do czasu przerywana tylko szelestem stronic bądź pełnym zrezygnowania westchnięciem. Nagle jednak drzwi do jadalni otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia wpadł Paradoks, młode, krępe smoczysko okryte łuskami w kasztanowym kolorze. Pośliznął się, wbiegając na parkiet, i odruchowo wbił szpony w podłogę, gwałtownie się zatrzymując. Marta wzdrygnęła się i spojrzała z politowaniem na komplet pięknych dziur pozostawionych przez swą pociechę w lśniących panelach. Smok zerknął wymownie w sufit i przewrócił piwnobrązowymi oczami. Jego pierś szybko wznosiła się i opadała.
- Nic się nie stało! - Dziewczyna była wyraźnie rozbawiona. Pogładziła bestię po głowie, a ta odpowiedziała jej gardłowym pomrukiem. - Goniło cię coś, że jesteś taki zdyszany?
Paradoks uznał, że nie odpowie na to pytanie. W tej samej chwili Marta usłyszała dźwięk skrobania, dochodzący zza frontowych drzwi. Podniosła się z krzesła i podeszła do wejścia. Przekręciwszy gałkę, na najwyższym schodku ujrzała czarnego kocura, który drapał zawzięcie wokół szczeliny w stopniu. Dziewczyna podniosła zwierzaka i zaniosła go do jadalni. Smok właśnie czyścił sobie pazury przednich łap, wylizując brud spomiędzy nich. Odskoczył gwałtownie, gdy opiekunka zbliżyła kota do jego pyska.
- Przestraszyłeś się kota? Naprawdę? - Marta zaśmiała się, ale chowaniec nie podzielał jej wesołości.
- To nie jest śmieszne - warknął w odpowiedzi i zajął się ponownie higieną swoich szponów.
Spojrzała na wiszący na ścianie spory zegar. Minęły już trzy godziny, odkąd pojawił się ten obcy i wręczył jej garść metalowych klamotów. Siedziała przy podniszczonym jadalnym stole, obłożona ze wszystkich stron księgami przytaszczonymi tu z biblioteczki stojącej w salonie. Ciężkie, oprawione w skórę woluminy były mocno nadgryzione przez ząb czasu, więc Marta ostrożnie przekładała kolejne pożółkłe stronice. Ziewnęła szeroko i przetarła oczy, nim rzuciła okiem na zapisaną runami kartę.
Minuty mijały bardzo powoli i ociężale, jakby chciały zagościć tu jak najdłużej przed odejściem w przeszłość. Panowała głucha cisza, od czasu do czasu przerywana tylko szelestem stronic bądź pełnym zrezygnowania westchnięciem. Nagle jednak drzwi do jadalni otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia wpadł Paradoks, młode, krępe smoczysko okryte łuskami w kasztanowym kolorze. Pośliznął się, wbiegając na parkiet, i odruchowo wbił szpony w podłogę, gwałtownie się zatrzymując. Marta wzdrygnęła się i spojrzała z politowaniem na komplet pięknych dziur pozostawionych przez swą pociechę w lśniących panelach. Smok zerknął wymownie w sufit i przewrócił piwnobrązowymi oczami. Jego pierś szybko wznosiła się i opadała.
- Nic się nie stało! - Dziewczyna była wyraźnie rozbawiona. Pogładziła bestię po głowie, a ta odpowiedziała jej gardłowym pomrukiem. - Goniło cię coś, że jesteś taki zdyszany?
Paradoks uznał, że nie odpowie na to pytanie. W tej samej chwili Marta usłyszała dźwięk skrobania, dochodzący zza frontowych drzwi. Podniosła się z krzesła i podeszła do wejścia. Przekręciwszy gałkę, na najwyższym schodku ujrzała czarnego kocura, który drapał zawzięcie wokół szczeliny w stopniu. Dziewczyna podniosła zwierzaka i zaniosła go do jadalni. Smok właśnie czyścił sobie pazury przednich łap, wylizując brud spomiędzy nich. Odskoczył gwałtownie, gdy opiekunka zbliżyła kota do jego pyska.
- Przestraszyłeś się kota? Naprawdę? - Marta zaśmiała się, ale chowaniec nie podzielał jej wesołości.
- To nie jest śmieszne - warknął w odpowiedzi i zajął się ponownie higieną swoich szponów.
Intruz. Intruz w moim domu!
Wydeptana ścieżka między prastarymi drzewami otaczającymi centrum Nocnego Lasu była ledwo widoczna wśród gęstego poszycia. Powiedzmy sobie szczerze, jeśli nie wiedziało się, że tu jest, nie miało się szans na jej odnalezienie. Delikatny wiatr sprawiał, że układające się na kształt plastra miodu gałęzie w górze szeleściły łagodnie, wypełniając uszy kojącym dźwiękiem. Wkrótce wtórować mu zaczęły świergoty mieszkających wokół drobnych ptaszków i wnet cała okolica rozbrzmiała fantastycznymi melodiami. Jak tu się nie cieszyć porankiem?
Na ścieżce pojawiła się wysoka postać odziana w kruczoczarny płaszcz. Ze względu na obszerny kaptur naciągnięty na głowę trudno było określić jej płeć, jednak było wyraźnie widać, że gdzieś się spieszy. Kroczyła bardzo szybko, poły płaszcza wzdęły się i falowały za nią niczym groteskowa parodia skrzydeł. Nie zwracała najmniejszej uwagi na otaczające ją piękno przyrody, a gdy promyk słońca przebił się przez warstwę poplątanych konarów i musnął skrawek jej wystającego spod kaptura policzka, syknęła z niesmakiem.
Dotarłszy do obrzeży Mglistej Polany, tajemnicza istota zboczyła ze ścieżki i ruszyła przez sięgającą do kolan soczyście zieloną trawą w stronę trzech złączonych ze sobą sękatych drzew. Obeszła je i znalazła się na wyłożonej płaskimi kamieniami dróżce, biegnącej od tych osobliwych trojaczków aż do drewnianego domu stojącego nieopodal. W połowie porośnięty bluszczem budynek był trudny do zauważenia na tle leśnej gęstwiny, więc hodowcy raczej nie zapuszczali się w te strony - zapewne sądzili, że jest to teren niezamieszkały.
Postać odrzuciła kaptur - krótkie czarne włosy kontrastowały z upiornie bladą twarzą. Była to kobieta, choć nie wyglądała jak typowa przedstawicielka swojej płci - ba, nie przypominała nawet czystej krwi człowieka. Przedramiona i część twarzy miała pokrytą drobnymi półprzezroczystymi łuskami; ich zielonkawa, lśniąca powierzchnia świetnie odbijała padające nań światło. Oczy o pionowych źrenicach zdawały się płonąć, zaś między długimi palcami dziwna postać miała skórne fałdy, niby-błony. Idealnie gładkie oblicze mogło sugerować, że jest całkiem młoda.
Pokonując trzy niewielkie schodki prowadzące do drzwi, dziewczyna położyła dłoń na gałce i przekręciła ją. Pchnęła grube mahoniowe odrzwia i pospiesznie weszła do środka. Zdjąwszy płaszcz, zawiesiła go na drewnianym kołku wystającym ze ściany i przykucnęła, by rozsznurować wysokie skórzane buty. Jej uszy wychwyciły jednak podejrzane trzaski dochodzące zza domu, więc przerwała tę czynność i skierowała się ku tylnym drzwiom. Jakież było jej zdziwienie, gdy w ciemnobrązowej altance otoczonej pierścieniem wonnych kwiatowych krzewów ujrzała wyłamującego sobie palce elfiego młodzieniaszka. Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.
- Kim jesteś? Co ty tu robisz? - spytała dziewczyna, mrużąc podejrzliwie oczy i podchodząc bliżej.
- Bądź pozdrowiona, Marto. To, kim jestem, wcale nie jest takie ważne - odparł leniwie przybysz. - Jednak powód mojej wizyty może cię zaintrygować, więc tą informacją chętnie się z tobą podzielę.
Szybkim ruchem sięgnął za pazuchę i wyciągnął sporą sakiewkę. Gdy nią potrząsnął, zawartość głośno zagrzechotała. Młodzieniec spojrzał w ogniste oczy dziewczyny. Ta uniosła prawą brew i przeniosła wzrok na woreczek.
- Co to jest? - spytała, szczerze zaciekawiona. Na polecenie elfa wyciągnęła rękę.
- Spójrz - odparł, rozluźniając rzemyk. Zawahał się, po czym szybkim ruchem odwrócił sakiewkę do góry nogami i wysypał jej zawartość na otwartą dłoń dziewczyny.
Jej oczom ukazało się kilka połączonych ze sobą metalowych kawałków. Były wyszczerbione i gdzieniegdzie pokrywała je rdza, jednak dało się odczytać biegnące wokół ich krawędzi runy.
- Co...? - Marta podniosła wzrok, ale elf zniknął.
Na ścieżce pojawiła się wysoka postać odziana w kruczoczarny płaszcz. Ze względu na obszerny kaptur naciągnięty na głowę trudno było określić jej płeć, jednak było wyraźnie widać, że gdzieś się spieszy. Kroczyła bardzo szybko, poły płaszcza wzdęły się i falowały za nią niczym groteskowa parodia skrzydeł. Nie zwracała najmniejszej uwagi na otaczające ją piękno przyrody, a gdy promyk słońca przebił się przez warstwę poplątanych konarów i musnął skrawek jej wystającego spod kaptura policzka, syknęła z niesmakiem.
Dotarłszy do obrzeży Mglistej Polany, tajemnicza istota zboczyła ze ścieżki i ruszyła przez sięgającą do kolan soczyście zieloną trawą w stronę trzech złączonych ze sobą sękatych drzew. Obeszła je i znalazła się na wyłożonej płaskimi kamieniami dróżce, biegnącej od tych osobliwych trojaczków aż do drewnianego domu stojącego nieopodal. W połowie porośnięty bluszczem budynek był trudny do zauważenia na tle leśnej gęstwiny, więc hodowcy raczej nie zapuszczali się w te strony - zapewne sądzili, że jest to teren niezamieszkały.
Postać odrzuciła kaptur - krótkie czarne włosy kontrastowały z upiornie bladą twarzą. Była to kobieta, choć nie wyglądała jak typowa przedstawicielka swojej płci - ba, nie przypominała nawet czystej krwi człowieka. Przedramiona i część twarzy miała pokrytą drobnymi półprzezroczystymi łuskami; ich zielonkawa, lśniąca powierzchnia świetnie odbijała padające nań światło. Oczy o pionowych źrenicach zdawały się płonąć, zaś między długimi palcami dziwna postać miała skórne fałdy, niby-błony. Idealnie gładkie oblicze mogło sugerować, że jest całkiem młoda.
Pokonując trzy niewielkie schodki prowadzące do drzwi, dziewczyna położyła dłoń na gałce i przekręciła ją. Pchnęła grube mahoniowe odrzwia i pospiesznie weszła do środka. Zdjąwszy płaszcz, zawiesiła go na drewnianym kołku wystającym ze ściany i przykucnęła, by rozsznurować wysokie skórzane buty. Jej uszy wychwyciły jednak podejrzane trzaski dochodzące zza domu, więc przerwała tę czynność i skierowała się ku tylnym drzwiom. Jakież było jej zdziwienie, gdy w ciemnobrązowej altance otoczonej pierścieniem wonnych kwiatowych krzewów ujrzała wyłamującego sobie palce elfiego młodzieniaszka. Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.
- Kim jesteś? Co ty tu robisz? - spytała dziewczyna, mrużąc podejrzliwie oczy i podchodząc bliżej.
- Bądź pozdrowiona, Marto. To, kim jestem, wcale nie jest takie ważne - odparł leniwie przybysz. - Jednak powód mojej wizyty może cię zaintrygować, więc tą informacją chętnie się z tobą podzielę.
Szybkim ruchem sięgnął za pazuchę i wyciągnął sporą sakiewkę. Gdy nią potrząsnął, zawartość głośno zagrzechotała. Młodzieniec spojrzał w ogniste oczy dziewczyny. Ta uniosła prawą brew i przeniosła wzrok na woreczek.
- Co to jest? - spytała, szczerze zaciekawiona. Na polecenie elfa wyciągnęła rękę.
- Spójrz - odparł, rozluźniając rzemyk. Zawahał się, po czym szybkim ruchem odwrócił sakiewkę do góry nogami i wysypał jej zawartość na otwartą dłoń dziewczyny.
Jej oczom ukazało się kilka połączonych ze sobą metalowych kawałków. Były wyszczerbione i gdzieniegdzie pokrywała je rdza, jednak dało się odczytać biegnące wokół ich krawędzi runy.
- Co...? - Marta podniosła wzrok, ale elf zniknął.
Subskrybuj:
Posty (Atom)